This is bookfactory.cafe
Jaskółki i Amazonki · Lantern Library
Read in:EnglishSpanishPortuguese (Brazil)FrenchGermanItalianDutchRussianPolishJapaneseChinese (Simplified)UkrainianKorean
Machine translation into Polish — the first chapter, free. The full book is available in English.

Rozdział pierwszy

Szczyt w Darien

"Albo jak dzielny Cortez, gdy orłem wpatrując się, Patrzył na Pacyfik—a wszyscy jego ludzie Wymieniali między sobą dziwne spojrzenia— Milcząc, na szczycie w Darien."

Roger, mający siedem lat, a już nie najmłodszy w rodzinie, biegł szerokim zygzakiem, tam i z powrotem, po stromym polu, które wznosi się od jeziora ku Holly Howe, do zagrody, gdzie spędzali część wakacji letnych. Biegł aż prawie do żywopłotu przy ścieżce, potem zawracał i biegł aż prawie do żywopłotu po drugiej stronie pola. Potem znowu zawracał i przekraczał pole. Z każdym przejściem przez pole zbliżał się do zagrody. Wiatr wiał mu w twarz, a on żeglował pod wiatr do zagrody, gdzie przy bramie czekała jego cierpliwa matka. Nie mógł biec prosto przeciwko wiatrowi, bo był statkiem żaglowym, szybką herbacianką, Cutty Sark. Jego starszy brat John powiedział jeszcze tego ranka, że parowce to tylko maszyny w pudełkach z blachy. Żagle to jest wszystko, i dlatego, chociaż zajęło mu to trochę więcej czasu, Roger wspinał się przez pole szerokim lawą.

Kiedy zbliżył się do matki, zobaczył, że trzyma ona w ręce czerwoną kopertę i mały kawałek białego papieru, telegram. Natychmiast zrozumiał, co to jest. Na moment zachciało mu się biec prosto do niej. Wiedział, że telegramy przychodzą tylko od jego ojca, i że ten musi być odpowiedzią na list od matki, oraz listy od Johna, Susan, Titty i siebie, wszyscy pytający o to samo, ale na różne sposoby. Jego własny list był bardzo krótki. "Proszę, tato, czy ja też mogę? Z miłością. Roger." List Titty był znacznie dłuższy, nawet dłuższy niż list Johna. Susan, chociaż była starsza od Titty, nie napisała listu samodzielnie. Podpisała się razem z Johnem na końcu jego, tak że ci dwaj wysłali jeden list razem. List matki był ze wszystkich najdłuższy, ale Roger nie wiedział, co w nim napisała. Wszystkie listy poszły razem, bardzo daleko, do jego ojca, którego statek był na Malcie, ale miał otrzymać rozkazy do Hong-Kongu. I oto, w ręce matki, była czerwona koperta, która przywiozła odpowiedź. Na moment Roger chciał biec prosto do niej. Ale żagle to jest wszystko, nie para, więc żeglował dalej, być może kierując się trochę bliżej do wiatru. Wreszcie skierował się prosto przeciwko wiatrowi, poruszał się coraz wolniej, zatrzymał się przy matce, zaczął poruszać się wstecz, i wkrótce przybył z małym szarpnięciem, zakotwiczony i w porcie.

"Czy to odpowiedź?" wydyszał, łapiąc oddech po całym tym walczeniu z wiatrem. "Czy on mówi Tak?"

Matka uśmiechnęła się i przeczytała telegram na głos:

Lepiej być utonąć niż tchórzem, jeśli nie tchórzem to się nie utopią.

"Czy to oznacza Tak?" zapytał Roger.

"Myślę, że tak."

"Czy to oznacza mnie też?"

"Tak, jeśli John i Susan będą cię chcieli wziąć, i jeśli obiecasz robić wszystko, co ci powiedzą."

"Hurra" krzyknął Roger i podskakiwał, zapominając na moment, że jest statkiem zakotwiczonym w spokojnym porcie.

"Gdzie są inni?" zapytała matka.

"W Darien" powiedział Roger.

"Gdzie?"

"Na szczycie, wiesz. Titty nazwała to tak. Możemy widzieć wyspę stamtąd."

Poniżej farmy Holly Howe pole opadało stromo do małej zatoki, w której stała łódkownia i pomost. Ale mało było widać samego jeziora, ponieważ z obu stron zatoki wznosiły się wysokie półwyspy. Ze starej farmy do łódkowni biegła ścieżka wśród pola. W połowie drogi było wrota, a z tych wrót biegła inna ścieżka w las sosnowy, który pokrywał południowy i wyższy półwysep. Ścieżka szybko znikała, ale tego samego wieczoru, kiedy przybyli tutaj, zaledwie dwa tygodnie wcześniej, dzieci przebrnęły przez las do dalekiego końca półwyspu, gdzie urwał się jak krawędź przepaści nad jeziorem. Z szczytu patrzyli na szeroką taflę wody, która wijąc się, biła w niskie wzgórza na południu i uwijała się między wzgórza wysoko na północy, gdzie nie widzieli jej zbyt wiele. I wtedy właśnie, kiedy po raz pierwszy stanęli na urwiscie i patrzyli na mil za milą wody, Titty dała temu miejscu nazwę. Słyszała czytany na głos sonet w szkole i zapomniała wszystkiego w nim oprócz obrazu odkrywców patrzących na Ocean Spokojny po raz pierwszy. Nazwała półwysep Darien. Na jego najwyższym punkcie urządzili obóz, i tam Roger ich opuścił, gdy przechodząc przez las do pola i widząc matkę przy wrotach, rozpoczął podróż do domu.

"Chciałbyś im zanieść odpowiedź?"

"I powiedzieć im, że dla mnie też tak?"

"Tak. Musisz dać telegram Johnowi. To on powinien się upewnić, że nie jesteście łosami."

Matka włożyła telegram do czerwonej koperty i dała go Rogerowi. Pocałowała go, choć był zakotwiczony, i powiedziała: "Kolacja o wpół do ósmej, ani minuty później, i pamiętaj żeby nie obudzić Vicky, gdy wejdziesz".

"Aye, aye, sir" powiedział Roger, wciągając linę kotwicy ręka za ręką. Odwrócił się i zaczął lawować w dół pola, myśląc o tym, jak powinien przekazać wiadomość.

Matka się zaśmiała.

"Okręt na horyzoncie!" powiedziała.

Roger zatrzymał się i spojrzał wstecz.

"Miałeś wiatr przeciwny, gdy wchodziłeś w górę pola" powiedziała. "Teraz masz wiatr sprzyjający. Nie musisz lawować w obie strony."

"Prawda" powiedział Roger, "wieje wprost z rufy. Jestem szkunerem. Mogę żeglować z żaglami z obu stron". Rozłożył ramiona jak żagle i wybiegł wprost w dół pola do wrót prowadzących do lasu sosnowego.

Kiedy wyszedł z pola do lasu, przestał być statkiem żegglowniczym. Nikt nie może żeglować przez las sosnowy. Stał się odkrywcą, pozostawionym przez główny oddział, podążającym ich szlakiem przez las i pilnie wypatrującym, aby nie został trafiony trucizną ze strzały od dzikich chroniących się za drzewami. Wspinał się przez las na szczyt półwyspu. Wreszcie wyszedł z lasu na małą otwartą przestrzeń nagiego kamienia i wrzośca. To był Szczyt Darien. Wokół było dużo drzew, ale pomiędzy nimi można było dostrzec jasny błysk jeziora. W zagłębieniu skały paliło się małe ognisko. John podrzucał paliwo. Susan smarowała chleb marmoladą. Titty, z brodą opuszczoną na ugięte kolana, siedziała między dwoma drzewami na krawędzi klifu nad jeziorem, pilnując i patrząc na wyspę.

John spojrzał w górę i zobaczył telegram. Podskoczył od ogniska.

"Depesza?" powiedział.

"To odpowiedź" powiedział Roger. "To tak, i dla mnie też tak, jeśli będę słuchać poleceń, i jeśli ty i Susan mnie weźmiecie. A jeśli dla mnie to tak, to dla Titty też musi być tak."

John wziął telegram. Titty wstała i podbiegła. Susan trzymała nóż ze smarowaną marmolądą nad chlebem, żeby nic nie zmarnować, ale przestała smarować. John otworzył kopertę i wyjął biały papier.

"Czytaj na głos" powiedziała Susan.

John przeczytał:

"Lepiej potonąć niż być łosiem, a jako że nie jesteśmy łosiem, nie potonieśmy."

"Hurra dla tatusia!" krzyknął.

"Co to znaczy?" zapytała Susan.

"To znaczy tak" powiedziała Titty.

"To znaczy, że tata myśli, że żaden z nas się nie utopi, a jeśli któryś z nas się utopi, to dobra oszczędność" powiedział John.

"Ale co to są łosie, jeśli nie są łosiem?" zapytała Susan.

"To nie tak się mówi" powiedziała Titty. "Mówi, że jeśli byśmy byli łosiem, moglibyśmy równie dobrze się utopić. Potem się kończy i zaczyna od nowa, i mówi, że skoro my nie jesteśmy łosiem..."

"Jeśli" powiedział John.

"Jeśli nie jesteśmy łosiem, to się nie utoniemy."

"Tata to dodał, aby pocieszyć matkę" powiedziała Susan. Wróciła do smarowania marmoladą.

"Zaczynajmy natychmiast" – powiedział Roger, ale w tej chwili czajnik zmienił swój głos. Przez jakiś czas się bulgotał, a teraz syczeć zaczął cicho i równomiernie, a długi strumień pary wydobywał się z jego dziobka. Woda wrzała. Susan wzięła czajnik z ognia i wsypała do niego mały pakiet herbaty.

"Dziś w nocy nie możemy zacząć" – powiedziała. "Napijmy się herbaty, a potem zrobimy listę rzeczy, których będziemy potrzebować".

"Napijmy się herbaty tam, skąd widać wyspę" – powiedziała Titty.

Wzięli swoje kubki, czajnik i cynową tacę zagraconą grubymi kromkami brązowego chleba i marmolady, i poszli na skraj urwiska. Wyspa leżała około mili od nich, w kierunku południowego, dolnego końca jeziora, z drzewami odbijającymi się w gładkiej jak lustro wodzie. Patrzyli na nią przez dziesięć dni, ale telegram uczynił ją znacznie bardziej rzeczywistą niż kiedykolwiek wcześniej. Patrząc w dół z Piku Titty, wieczorem dnia, w którym przyjechali do spichlerza, gdzie mama wynajęła pokoje, zobaczyli jezioro jak morze śródlądowe. I na jeziorze zobaczyli wyspę. Wszystkie czworo dzieci jednocześnie zaowocowało tą samą ideą. To nie była po prostu wyspa. To była WYSPA, czekająca na nich. To była ich wyspa. Kto mógłby być zadowolony, żyjąc na lądzie i śpiąc w łóżku w nocy, gdy w zasięgu wzroku jest taka wyspa? Poszli do mamy i opowiedzieli jej o swoim odkryciu, błagając, by cała rodzina opuściła spichlerz następnego dnia i zamieszkami na wyspie na zawsze. Ale była mała Vicky, grube dziecko, takie jak obrazy królowej Victorii w starości, pełne wszelkich potrzeb. Mama nie mogła zabrać Vicky i opiekunki nawet na najlepszą niezamieszkaną wyspę. Ponadto bez zgody taty nie mogła pozwolić im pójść samym. I chociaż John i Susan obie były zupełnie zdolne kierować żaglówką, Titty i Roger dopiero zaczęli uczyć się żeglowania, gdy ich ojciec był na urlopie rok wcześniej. W przechowalni łodzi poniżej spichlerza stała Jaskółka, żaglówka, bardzo mała, i była też duża, ciężka łódź wiosłowa. Ale nikt nie chce wiosłować, kto kiedykolwiek żeglował. Gdyby nie było wyspy, żaglówki, i gdyby jezioro nie było tak duże, dzieci bez wątpienia byłyby wystarczająco szczęśliwe, padając wiosłami w zatoce przy przechowalni łodzi. Ale z jeziorem tak dużym jak małe morze, czternastofuntową łodzią z brązowym żaglem czekającą w przechowalni, i małą wysepką porośniętą lasem czekającą na badaczy, nic poza żeglarską wyprawą odkrywczą nie wydawało się warte myślenia.

Tak więc listy zostały napisane i wysłane, i dzień za dniem dzieci obozowały na Szczycie Darienia w dzień i spały w spichlerzu w nocy. Były w łodzi wiosłowej ze swoją mamą, ale zawsze wiosłowały w drugą stronę, aby nie zepsuć wyprawy odkrywczej, idąc do wyspy pierwszy raz. Ale z każdym dniem po wysłaniu listów zdawało się coraz mniej prawdopodobne, że kiedykolwiek będzie odpowiedź. Wyspa zaczęła wydawać się jednym z tych miejsc widocznych z pociągu, które należą do życia, w którym nigdy nie będziemy brać udziału. A teraz, nagle, była rzeczywista. Miała być ich wyspa. Mieli mieć pozwolenie na korzystanie z żaglówki samodzielnie. Mieli żeglować z małej, chronionej zatoki, omijać przylądek i płynąć w dół jeziora do wyspy. Mieli mieć pozwolenie wylądować na wyspie i żyć tam, aż będzie czas pakować się i wracać do miasta, szkoły i lekcji. Wiadomość była tak dobra, że wprawiła ich w powagę. Jedzili chleb z marmoladą w milczeniu. Perspektywa przed nimi była zbyt ogromna, aby gadać. John myślał o żeglowaniu, zastanawiając się, czy naprawdę pamiętał wszystko, czego nauczył się rok temu. Susan myślała o zapasach i gotowaniu. Titty myślała o samej wyspie, o koralu, skarbie i śladach stóp na piasku. Roger myślał o tym, że nie miał być zostawiony w tyle. Po raz pierwszy zobaczył, że dobrze jest nie być już niemowlęciem rodziny. Vicky była teraz najmłodsza. Vicky zostanie w domu, a Roger, jeden z członków załogi statku, miał żeglować w nieznanym świecie.

W końcu John wziął kawałek papieru i ołówek z kieszeni.

"Zróbmy Artykuły Statku" – powiedział.

Chleb z marmoladą został zjedzony, więc odwrócił talerz do góry nogami, położył papier na jego odwrocie i leżąc na brzuchu na skale, zaczął pisać:

"Żaglowiec Swallow. Port: Holly Howe. Właściciele…"

"Kim są właściciele?"

"Należy do nas na resztę tych wakacji," powiedziała Susan.

"Napiszę 'Walker Limited' – będzie dobrze dla nas wszystkich."

Napisał: "Właściciele: Walker Limited." Pod spodem napisał:

"Kapitan: John Walker.

Pierwszy oficer: Susan Walker.

Marynarz: Titty Walker.

Mały marynarz: Roger."

"No, teraz musicie wszyscy podpisać się przy swoich nazwiskach," powiedział.

Wszyscy się podpisali.

"Cóż, panie Pierwszy Oficer," powiedział John.

"Słucham, Kapitanie," odpowiedziała Susan zdecydowanie.

"Jak myślisz, kiedy będziemy gotowi wypłynąć?"

"Z pierwszym podmuchu wiatru."

"Co sądzisz o mojej załodze?"

"Najlepsza, jaką kiedyś zatrudniałem."

"Potrafią pływać?"

"Marynarz Titty potrafi. Mały marynarz Roger ciągle trzyma jedną nogę na dnie."

"Musi się nauczyć."

"Nie trzymam nogi na dnie przez cały czas," powiedział Roger.

"Musisz jak najszybciej nauczyć się nie trzymać nogi na dnie wcale."

"Dobrze," powiedział Roger.

"To niedobrze, Roger," powiedziała Titty. "Powinieneś powiedzieć 'Tak jest, Kapitanie!' "

"Prawie zawsze tak mówię," powiedział Roger. "Powiedziałem to mamie."

"Musisz to powiedzieć kapitanowi i pierwszemu oficerowi. Może powinieneś to mówić nawet mnie, ale skoro jest nas tylko dwóch w załodze, nie będzie dobrze, jeśli będą sobie nawzajem mówić panie."

"Masz jeszcze jakiś papier?" zapytała Susan.

"Tylko odwrotna strona telegramu," powiedział John.

"Mama nie będzie miała nic przeciwko," powiedziała Susan. "Wiesz, że nie możemy naprawdę wypłynąć z pierwszym podmuchem wiatru, nie zanim wszystko będzie gotowe. Zróbmy listę rzeczy."

"Kompas," powiedział John.

"Czajnik," powiedziała Susan.

"Flagę," powiedziała Titty. "Zrobię jedną ze jaskółką."

"Namioty," powiedział Roger.

"Teleskop," powiedział John.

"Garnek, kubki, noże, widelce, herbatę, cukier, mleko," powiedziała Susan, pisząc ile sił w nogach.

"Łyżki," powiedział Roger.

Ciągle coś sobie przypominali, potem się zacinali, a potem znowu coś sobie przypominali, aż na odwrotnej stronie telegramu nie było już miejsca.

"Nie mam już ani kawałka papieru," powiedział John. "Nawet Artykuły Okrętowe mają działania na drugiej stronie. Tym się nie przejmujmy. Chodźmy i zapytajmy mamę, czy możemy mieć klucz od przystani."

Ale gdy dotarli do Farmy Holly Howe, mama powitała ich w drzwiach ze zdołem na ustach.

"Vicky śpi," powiedziała; "nie hałasuj wchodząc. Kolacja jest już gotowa."

Want to know what happens next?

Leave your email and Lantern Library will send you the next chapter the moment it's out — plus nothing else, ever.

End of the free sample. Enjoying it?

Buy for Free — 80% goes to the author
Tell a friendXFacebookRedditWhatsAppEmail
Readers also read
The Secret of the Old Clock
The Secret of the Old Clock
Carolyn Keene · 🎧
The Murder at the Vicarage
The Murder at the Vicarage
Lantern Library · 🎧
Strong Poison
Strong Poison
Lantern Library · 🎧
The Mystery at Lilac Inn
The Mystery at Lilac Inn
Carolyn Keene · 🎧
Tell a friendXFacebookRedditWhatsAppEmail