Rozdział pierwszy
Burza
Ciotka Hager Williams stała w drzwiach swojego domu i patrzyła na słońce. Zachodnie niebo było siarkawożółte, a słońce czerwoną kulą powoli opadającą za drzewa i dachy domów. Jego zachód pozostawił resztę nieba szarą od chmur.
"Hm! Zbliża się burza" – powiedziała ciotka Hager głośno do siebie.
Młoda kura przebiegła przez podwórko i wskoczyła w kwadratowy otwór w niepainted'owanym pudełku od pianina, które służyło jako kurnik. Stara kura zgromadzila swoje kurczątka i wraz z małymi ptaszkami weszła do małego pudełka obok większego. Powietrze było bardzo spokojne. Nawet jeden liść nie drgnął na zielonym jabłonku. Ani jeden zamknięty kwiat powojnika nie zadrżał na tylnym płocie. Powietrze było bardzo spokojne i żółte. Coś parnego i przytłaczającego sprawiło, że mały chłopiec w drzwiach przytulit się bliżej do swojej babci, ściskając jej fartuch brązowymi rączkami.
"Naprawdę zbliża się burza" – powiedziała ciotka Hager.
"Mam nadzieję, że mama wróci do domu, zanim zapadnie deszcz" – zauważył brązowy chłopiec, trzymając się fartucha starej kobiety. "Mam nadzieję, że wróci".
"Ja też" – powiedziała ciotka Hager. "Ale boję się, że nie wróci".
Właśnie wtedy wielkie krople wody zaczęły padać obficie na podwórko, wzbijając małe chmury kurzu, gdzie każda kropla uderzyła w ziemię. Przez kilka chwil deszcz uderzał gwałtownie w dach jak seria uderzeń młota; potem nagle ustał.
"Chodź do domu, dzieciaku" – powiedziała ciotka Hager.
Zamknęła drzwi, gdy zielony jabłonek zaczął się kołysać na wietrze i małe twarde jabłko spadło, szybko tocząc się po dachu pudełka, które schroniało kury. W kuchni było prawie ciemno. Gdy ciotka Hager zapalila lampę olejową, chłopiec wspinał się na krzesło i przez kwadratowe okno zaglądał do podwórka. Liście i kwiaty powojnika na tylnym płocie kołysały się na rosnącym wietrze. A naprzeciwko alei, przy dużym domu, tylne drzwi sieciowe pani Kennedy trzaskały tam i z powrotem, a Sandy zobaczył, jak jej wiadro na śmieci nagle się przewróciło i stoczyło się w dół po podwórku, rozrzucając obierki ziemniaków na białych schodach.
"Naprawdę będzie straszna burza" – powiedziała Hager, podkręcając knot światła i zakładając szklany cylinder. Potem, zerknąwszy przez okno, dostrzegła czarną chmurę wijącą się jak wstążka na zachodnim niebie, i stara kobieta krzyknęła głośno ze strachu: "To cyklon! To będzie cyklon! Sandy, szybko do domu pani Carter, bo my tu nie mamy piwnicy. Chodź, dzieciaku, szybko! Chodź, dzieciaku! … Chodź, dzieciaku!"
Pospiesznie zgasiła światło, chwycila rękę chłopca i oboje pędem pobiegli przez mały domek w kierunku frontu. W wewnętrznych pokojach było całkiem ciemno, ale przez okna salonu wpadało rodzaj brudnoszaro-zielonego światła, które szybko zamieniało się w czarność.
"Boże, pomóż nam, Jezu!"
Ciotka Hager otworzyła frontowe drzwi, ale zanim ona lub chłopiec mogliby się ruszyć, ogromny dźwięk ryku nagle wstrząsnął światem, i wraz z ogłuszającym trzaskiem drewna od drewna, zobaczyli, jak ich ganeczek pnie się w powietrze i fruwa w przestrzeń. Ulatując wysoko w zbierającą się ciemność, ganek wkrótce znikł z oczu. A czarny wiatr wiał z okropną siłą, drętwiąc bębuszki uszu.
Przez chwilę mały domek drżał i kołysał się i skrzypial, jakby miał się zawalić.
"Pomóż mi zamknąć te drzwi" – krzyknęła ciotka Hager; "pomóż mi je zamknąć, Boże!" – gdy ze wszystkich sił walczyła z otwartymi drzwiami, które wiatr przytrzymywał, ale w końcu się zatrzasnęły i zamek zapalał. Potem opada na podłogę, operując się plecami o ścianę, podczas gdy jej mały wnuk drżał jak liść, gdy przyciągnęła go do siebie na kolana, mamrocząc: "Jaka burza! … O, Boże! … O, moje dzieciaku, jaka burza!"
Słyszeli trzask drewna i toczące się gałęzie drzew, które wiatr zmiata po dachu. Jej ramiona ścieśniły się wokół chłopca.
"Drogi Jezu!" – powiedziała. "Zastanawiam się, gdzie jest twoja mama? A jeśli wyruszyla do domu, zanim ta burza nadeszła!" Potem krzykiem: "Zmiłuj się nad moją Annjee! O, Boże, zmiłuj się nad mamą tego dziecka! Zmiłuj się nad wszystkimi moimi dziećmi! Nad moją Harriett i moją Tempy i moją Annjee, które być może są teraz wszystkie w burzy! O, Boże!"
Suchy błysk pioruna rozszczepił ciemność, a chłopiec zaczął płakać. Następnie spadł deszcz. Stara kobieta nie widziała płaczącego dziecka, które trzymała, a chłopiec nie słyszał załamanego głosu babci, która zaczęła się modlić, gdy deszcz walił przez czarną noc. Przez długi czas szumiał na dachu domu i walił w okna, aż wreszcie dwaj domownicy ucichli, stłumiając swoje okrzyki. Wtedy tylko szelest wody mieszał się z uczuciem, że dzieje się coś strasznego lub już się dokonało, wypełniając powietrze wieczoru.
Po deszczu księżyc wzeszedł jasny i jasny, a chmury znikły z ostatnio wzburzonego nieba. Gwiazdy błyszczały spokojnie nad zniszczeniami burzy, a jeszcze było wcześnie wieczorem, gdy ludzie wychodzili z domów i zaczynawiać badać szkody spowodowane przez wirujący cyklon, który przyszedł ze zmierzchem. Przez ulice pełne gruzu mężczyźni jechali powoli bryczkami lub samochodami. Wóz strażacki był w akcji, dzwoniąc, a słaby dzwięk dzwoneczka karetki pogotowia dał się słyszeć w oddali, wożąc rannych.
Czarna ciotka Hager i jej brązowy wnuk włożyli gumowe buty i stanęli na zalonym wodą przednim podwórku, patrząc na dom bez ganku, w którym mieszkali. Platforma, schody, filary, dach — wszystko zostało zniszczone. Ani śladu ganku nie pozostał, a drzwi frontowe otwierały się bezpośrednio na podwórko. To było groteskowe i śmieszne. Hager zaśmiała się.
„Cyklon naprawdę dobrą robotę wykonał" — powiedziała. „Wygląda na to, że nigdy żadnego ganku nie miałam".
Pani de Carter z sąsiedztwa przeszła przez trawę, jej wielkie usta pełne współczucia dla sąsiadki.
„Ale dziękujmy Bogu za oszczędzenie nam życia! Mogło być gorzej, Siostra Williams! Mogło być zdecydowanie gorzej! Biorąc to pod uwagę, straciłam jedynie komin i dwa koryta do prania, które stały na podwórku. Kilka przewróconych drzew to nic ważnego. My żyjemy, nie prawdaż? A my jesteśmy ważniejsi niż drzewa, to pewne!" Jej złote zęby błyszczały w świetle księżyca.
„Oczywiście" — zgodziła się z naciskiem Hager. „Przejdźmy dalej po ulicy, Siostra, i zobaczmy, co jeszcze Pan niszczy lub oszczędza dzisiaj wieczoru. Dał nam mnóstwo światła księżyca po burzy, abyśmy my biedni ludzie mogli zobaczyć tę lekcję dla grzesznego świata".
Dwie starsze czarne kobiety szły ostrożnie po mokławej ścieżce, zaśmieconej gałęziami i liśćmi. Mały brązowy chłopiec szedł za nimi z szeroko otwartymi oczami na widok wózków dziecinnych, ram okiennych, łupek i gałęzi rozrzuconych na drodze. Duża liczba ludzi była na zewnątrz, niektórzy stali na ganku, niektórzy nieśli latarnie i zbierali przydatne rzeczy z ulic, niektórzy łamali sobie ręce ze zdziwienia.
Blisko rogu małdy tłum zebrał się cicho.
„Pani Gavitt nie żyje" — powiedział ktoś.
„Boże, dopomóż!" — wyrwało się zarówno ciotce Hager, jak i Pani de Carter.
„Pan i pani Gavitt są oboje martwi" — dodał zdenerwowany młody biały mężczyzna, promieniując nowinką. „Mieszkamy obok nich, a ich dom kompletnie się przewrócił! Prawie nas trafił i rozbił naszą ścianę boczną".
„Miłosierdzie!" — powiedziały dwie kobiety, ale Sandy wymknął się babci i przebił się przez tłum. Pobiegł wokół rogu, aby móc zobaczyć przewrócony dom nieszczęśliwych Gavittów.
Dobrzy biali ludzie, myśleli Gavittowie, często mówiła ciotka Hager, i teraz ich duży drewniany dom leżał na boku jak domek dla lalki, ze złamanymi meblami rozrzuconymi niedbale na mokrej trawniku — i byli martwi. Sandy zobaczył pianino leżące płasko na trawie. Jego klawisze z kości słoniowej błyszczały w świetle księżyca jak gryzące zęby, a ten dziwny widok sprawił, że drżało jego małe ciałko, więc pospiesznie wrócił przez tłum w poszukiwaniu babci. Gdy przechodził koło rogu, usłyszał kobietę szlochającą histerycznie wewnątrz szerokiego domu tam.
Jego babcia już nie stała tam, gdzie ją zostawił, ale znalazł panią de Carter i chwycił ją za rękę. Była wśród grupy podekscytowanych białych i mulatkowych kobiet. Jedna krucha stara pani mówiła wysokim, stanowczym głosem, że nigdy w życiu nie widziała takiego tornada i mieszkała tu w Kansas, jeśli pan sobie wyobrazi, już prawie siedemdziesiąt trzy lata. Pani de Carter, nerwowo tracotkując, zaczęła opowiadać im, jak wyczuła nadchodzące niebezpieczeństwo i natychmiast pędziła do piwnicy, gdy tylko zobaczała, że niebo zielenieje. Nie wyszła z piwnicy, dopóki deszcz nie przestał padać, tak bardzo się bała. Przejawiała szalony entuzjazm, opowiadając o swoim strachu, podczas gdy Sandy ciągnął ją za rękę.
— Gdzie jest moja babcia? — domagał się.
Pani de Carter jednak nie przestawała rozmawiać, aby mu odpowiedzieć.
— Czego chcesz, syneczku? — wreszcie zapytała jedna z białych kobiet, schylając się, gdy chłopiec wyglądał na to, że zaraz zacznie płakać. — Ciocia Hager? No cóż, ona jest w środku i uspokaja biedną bratanicę pani Gavitt. Twoja babcia jest cennym pomocnikiem, gdy ludzie są chorzy lub zasmuceni, wiesz. Idź i usiądź na schodkach jak grzeczny chłopiec i czekaj, aż wyjdzie. — Sandy opuścił więc kobiety i poszedł usiąść w ciemności na schodkach wielkiego narożnego domu, w którym mieszkała bratanica nieżyjącej już pani Gavitt. Na ganku stały jakieś osoby, ale wkrótce przeszły przez drzwi ze siatką do domu lub odeszły w dół ulicy. Światło księżyca rzucało dziwne cienie na wilgotne schody, na których siedział Sandy, a w cieniu drzew było czarno, pomimo księżyca, ponieważ stary dom stał daleko od ulicy, w ogrodzie pełnym dębów i klonów, i Sandy mógł widział światło z okna piętra odbijające się na mokrych liściach ich gałęzi. Słyszał też, że dziewczyna krzyczy tam w górze, gdzie paliło się światło, i wiedział, że Ciocia Hager kłada jej na głowę zimne kompresy, albo ociera jej ręce, albo wypędza ludzi z pokoju, i mówi do niej łaskawymi słowami, żeby wkrótce się poprawiła.
Całe sąsiedztwo, białe czy mulatkowe, wzywało jego babcię, gdy coś się stało. Była dobrą pielęgniarką, mówili ludzie, a chorzy lubili mieć ją w pobliżu. Ciocia Hager zawsze przychodzież, gdy ją wołano, przynoszą może trochę zupy, którą zrobiła, albo galaretę. Czasami zapłacono jej, a czasami nie. Ale Sandy nigdy dotąd nie musiał czekać na nią na dworze w ciemności. Oparł swoje małe plecy o górny schodorek i wsparł łokcie na ganku za sobą. Robiło się późno, a ludzie na ulicach zniknęli.
W ciemności mały chłopiec zaczął myśleć o swojej matce, która pracowała po drugiej stronie miasta dla bogatej białej pani imienia pani J. J. Rice. I nagle przyszły mu do głowy straszne myśli. A co jeśli jego mama wyszła z pracy akurat wtedy, gdy zaczęła się burza! Prawie zawsze jego mama była w domu przed zmrokiem — ale tej nocy, gdy przyszła burza, jej tam nie było — a powinna tam być! Ta myśl go przerażała. Powinna tam być! Ale może burza ją zastawiła i porwała, gdy szła Main Street! Może Annjee została porwana przez wielki czarny wiatr, który przewrócił dom Gavittów i porwał ganek jego babci wysoko w powietrze! Może tornado zabrało jego mamę, pomyślał Sandy. Chciał jej! Gdzie ona była? Coś złego jej się stało? Gdzie ona teraz była?
Duże łzy zaczęły płynąć po jego policzkach — ale mały chłopiec zatrzymał szlochy, które chciały wybuchnąć. Postanowił, że nie będzie płakać i robić rabanu sam na obcych schodach domu białych ludzi. Nie będzie płakać jak duże dziecko w ciemności. Więc wytarł sobie oczy, kopnął piętami w betonowy chodnik, położył się na górnym schodku i wkrótce potem zasnął z westchnieniami.
— Wstań, syneczku! — Ktoś go trząsł. — Złapiesz zapalenie płuc śpiąc na mokrych schodkach. Idziemy teraz do domu. Nie chcesz, żebym musiała nosić takiego dużego mężczyznę jak ty, co? … Wstań, Sandy! — Jego mama schyliła się, aby podnieść jego długie małe ciało ze szerokich schodów. Przytuliła go do swoich miękkkich, ciężkich piersi i pozwoliła jego głowie spocząć na jednym z jej ramion, podczas gdy jego nogi w brudnych gumowcach zwisały na jej suknie.
— Gdzie byłaś, mamo? — zapytał chłopiec spamiętale, ściskając ją mocniej za szyję. — Czekałem na ciebie.
— O, siedziałem w domu już od dawna, martwię się na śmierć tobą i mamą, dopóki nie usłyszałem od Pani Carter, że wszyscy jesteście tutaj i opiekujecie się chorymi. Zatrzymałem się w domu Ciocie Tempy, kiedy zobaczyłem, że zbliża się burza.
— Bałem się, że ciebie porwał wiatr, mamusiu — wymamrotał Sandy senny. — Chodźmy do domu, mamusiu. Jestem rad, że ciebie nie porwał wiatr.
Na ganku Ciocia Hager rozmawiała z bladym białym mężczyzną i dwiema chudymi białymi kobietami stojącymi w drzwiach oświetlonego korytarza. — Niech tylko Pani Agnes śpi — mówiła właśnie. — Będzie dobrze, a ja wrócę rano, żeby się o nią martwić. … Dobrej nocy, wam wszystkim.
Stara czarnoskóra kobieta dołączyła do swojej córki i wyruszyli w drogę, przechodząc przez ulice zaśmiecone gruzami i kałużami brudnej wody, które odbijały światło księżyca.
— Naprawdę jesteś ciężki, chłopczyku — zauważyła matka Sandy'ego do dziecka, które trzymała, ale on nie odpowiedział.
— Jestem bardzo rada, że po mnie przyszłaś, Annjee — powiedziała Hager. — Zastanawiam się, czy twoja siostra jest dobrze tam, w klubie na wsi. … A ja się tak martwiłam o ciebie, że nie wiedziałam, co robić — bałam się, że mogłaś zostać złapana przez tego tornada, bo to było naprawdę straszne!
— Byłam u Tempy! — odparła Annjee. — I byłam prawie szalona, ale wszystko oddałam w ręce Boga. To wszystko. — Przez chwilę szli w ciszy; potem niepewnie zwróciła się do matki: — Dzisiaj nie było dla mnie żadnej poczty, prawda, mamusiu?
— Ani śladu! — odparła krótko stara kobieta. — Listonosz przeszedł sobie dalej.
Przez kilka minut znowu panowała cisza, podczas gdy szli. Potem: — Mija już prawie trzy tygodnie, odkąd wyjechał, a nie napisał ani słowa — skarżyła się młodsza kobieta, przesuwając dziecko na prawą rękę. — Wydawałoby się, że Jimboy pozwoliłby komuś wiedzieć, gdzie jest, nie sądzisz, mamusiu?
— Hm! To nic! On już wcześniej się znikał i nie pisał, nie prawda? A ty tutaj martwisz się o list od tego bezwartościowego męża — a dom mojej matki siedzi sobie bez ganku! … Czyś nie widziała, co diabeł zrobił na ziemi dzisiaj wieczorem, dziecko? … A jednak pierwsza rzecz, którą mnie pytasz, to o listonosza! … Panie! Panie! … Ty i ten Jimboy!
Ciocia Hager podniosła swoje ciężkie ciało nad przewalonymi pniami drzew i przeszła przez kałuże, ale między każdym oddechem udało jej się wyrazić swoją oburzenie, więc Annjee już nic nie mówiła o listach od męża. Zamiast tego wrócili do tematu tornada. — Po prostu dziękuję, mamusiu, że wiatr nie zniszczył całego domu i ciebie wraz z nim, to wszystko! Byłam naprawdę przemartwiona! … A potem was nie było w domu, kiedy wróciłam! Poszliście opiekować się tą białą kobietą. … To okropne z powodu biednej Pani Gavitt i starego pana Gavitta, prawda?
— Tak, rzeczywiście! — powiedziała Ciocia Hager. — To naprawdę straszne. To byli naprawdę dobrzy stary białej ludzie! A jej wychowana siostrzenka bardzo to przeżywa, biedne dziecko. Spędziliśmy tam prawie dwie godziny, jej mąż i ja, próbując wyprowadzić ją z histerii. Drżała jak jagnię — całą. Wchodziliśmy na podwórko. — Uważaj z tym dzieckiem, Annjee, żebyś się nie potknęła o żadną z tych desek czy gałęzi i nie upadła z nim.
— Postaw mnie, bo już jestem obudzony — powiedział Sandy.
